Joga to nie tylko rozciąganie. Ale czy wzmacnianie to na pewno przeciwległy biegun?

„Wstydzę się pójść na jogę, bo jestem tak mało rozciągnięta.”

To chyba najczęstsza obawa osób, które na jogę nigdy nie docierają (albo przybywają z dużym oporem). Joga, holistyczna praktyka zarówno dla ducha, jak i dla ciała, często zostaje sprowadzona tylko do jednego z jej elementów – rozciągania. Obawy przed nie dość „prostymi” nogami i kręgosłupami sprawiają, że rzesza osób rezygnuje na starcie, a stereotyp, jakoby te proste nogi i kręgosłupy były rzeczywiście wyjątkowo potrzebne i świadczyły o wysokim stopniu zaawansowania, ma się całkiem nieźle.

Celem praktyki fizycznej jest przygotowanie ciała i umysłu do medytacji, a asany nie są celem samym w sobie. Są drogą, narzędziem do celu, a droga ta bywa różnorodna i zależna od metodyki i stylu nauczania. Pytaniem, jakie zadawałam sobie wielokrotnie było, czy praktyka asan przygotowuje nasze ciała do codziennego funkcjonowania? Do noszenia zakupów na czwarte piętro bez windy, podnoszenia baniaków z wodą, jeżdżenia na rowerze do pracy lub noszenia potomstwa? W niektórych tradycjach wyjątkowo żywe jest przekonanie, że praktyka asan powinna być naszą jedyną aktywnością fizyczną. Ładnie (i wygodnie) brzmi, szkoda, że tak nierealistycznie.

Stając na macie jesteśmy najpierw ludźmi, dopiero potem joginami/joginkami. Nasze życia, przeszłe doświadczenia, nawyki ruchowe i rodzaj aktywności oraz pracy, jaką wykonujemy na co dzień, warunkują to, z czym (i z kim) spotykamy się na macie. Nie każdy potrzebuje tego samego i w takiej samej dawce. Kluczem jest poznanie siebie i indywidualizacja.

Czego potrzebuje moje ciało?

Wszystkiego po trochu. Ruchu we wszystkich płaszczyznach, swobodnego oddychania przez nos i sprawnej przepony, pobudzenia układu sercowo-naczyniowego, potrzebuje gibkości, stabilności i siły. Bycie elastycznym bez siły na niewiele się zda. Czy znacie kogoś, kto narzeka na to, że ma za dużo siły? A osoby, które narzekają na bolące i nadelastyczne stawy i ciągłe drganie w pozycji deski? No właśnie. Sama elastyczność na niewiele się przyda jeżeli nie możemy użyć. W zasadzie każdemu z nas trochę więcej siły wyjdzie na dobre.

Czy można przesadzić z rozciąganiem?

Tak jak ze wszystkim – można. Nadzwyczajna elastyczność (wrodzona bądź nabyta) może wzbudzić podziw otoczenia (w szczególności w mediach społecznościowych, które bardzo premiują „zaawansowane” i imponujące pozycje), na dłuższą metę może być jednak uciążliwa i powodować różne, często nieoczywiste, dolegliwości. Destabilizacja stawów może objawiać się bólem, słabością mięśni i brakiem stabilizacji centralnej. Liczne kontuzje w tym samym rejonie (np. regularnie pojawiające się zwichnięcia tej samej kostki) mogą świadczyć o tym, że coś jest na rzeczy. Takie tendencje wymagają zdecydowanie więcej pracy nad siłą, kontrolą i propriocepcją (czyli czuciem głębokim), być może również, a raczej przede wszystkim – wizyty u specjalisty.

Duża część osób, która trafia na jogę lub ćwiczy online, pracuje przy komputerze. Często w zgarbieniu, z nadgarstkami powtarzającymi ciągle te same ruchy w ograniczonym zakresie (potem „prosząc” te nadgarstki aby nas wspierały lub dźwigały w deskach i psach do góry i do dołu!), z wiecznie rozciągniętymi mięśniami pośladkowymi od siedzenia na krześle. Zamrożone biodra, które wydają nam się być sztywne, proszą się o ruch i mobilizację, a my, zamiast dać im dawkę bardzo potrzebnego napięcia i aktywności, kładziemy się w pozycji gołębia licząc na to, że tym razem uda nam się porządnie rozciągnąć i wyciągnąć z siebie wszystkie stresy i (nie)istniejące napięcia. Niestety, ciało jest dużo bardziej złożone i taki prosty, jakby się wydawało, mechanizm zwyczajnie nie istnieje.

Słaby mięsień = sztywny mięsień?

Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że słabość mięśni często objawia się sztywnością, zazwyczaj będącą jedynie naszą subiektywną interpretacją – nas i naszego układu nerwowego, który komunikuje nam, że pewien obszar jest zbyt słaby aby wykonać daną pracy, więc… się usztywnia. Usztywnia się, aby nas chronić.

Uczucie „ciągnięcia” z tyłu nóg niekoniecznie musi świadczyć o spiętych czy skróconych mięśniach. Wręcz przeciwnie – może być oznaką ich słabości. W połączeniu z uśpionymi mięśniami pośladkowymi (słynna „jogowa pupa”, czyli „yoga butt”) tworzą duet, który regularnie woła „wzmocnij mnie”, ale nasza subiektywna interpretacja prowadzi nas na sesję skłonów do przodu i otwierania bioder, oferując chwilowe ukojenie. Chwilowe – bo prawdopodobnie kolejnego dnia odczucia z ciała w tym rejonie pozostaną takie same, gdyż napięcie odczuwane przez osoby nadruchome wynika zazwyczaj z potrzeby stabilizacji, a nie z potrzeby rozciągnięcia. A co z osobami, które zdecydowanie należą do tych bardziej „sztywnych”? Bardzo podobnie – aktywna praca w zakresach, w których mamy kontrolę i stabilność, to podstawa.

Brak pełnej mobilności w stawach (zakresu ruchu w połączeniu z siłą i kontrolą) również bywa interpretowany jako sztywność. Bardzo często, zamiast wprowadzić w ten rejon trochę potrzebnego napięcia, koncertujemy się na tym, aby go porządnie rozciągnąć. Tłumaczenie braku zakresów ruchu i niemożności wykonania asan czy ich składowych napiętymi mięśniami może jest i proste, ale… nieprawdziwe i bardzo ograniczające.

To, jak ważna jest stabilizacja ciała, aktywna praca mięśni, dbanie o ruchomość stawów i poprawa elastyczności poprzez wzmacnianie ciała, to tematy obecne nie tylko w jodze, ale i w każdej praktyce ruchowej. W ostatnich latach w środowisku jogi pojawia się coraz więcej głosów o znaczeniu mobilności, progresywnego budowania siły, a także progresywnego nauczania asan, wzmacniania stawów i przygotowywaniu ich do obciążeń, jakich doświadczają na zajęciach. Kompletnie błędnym jest również założenie, że joga jest praktyką bezpieczną dlatego, że nie ma w niej obciążenia. Nic bardziej błędnego. Obciążeniem jest nasze ciało.

Jesteśmy całością

Struktura ciała, jego budowa, przeszłe doświadczenia i kontekst psychospołeczny warunkują to kim jesteśmy i jak się poruszamy, a więc także – jak odbieramy praktykę jogi. Nie ma dwóch takich samych osób, tak jak i nie ma dwóch takich samych doświadczeń asan i ich praktykowania. Nic też nie zastąpi indywidualnego podejścia, mądrej praktyki jogi czy innej formy ruchu, która nie tylko nas rozluźnia w ciele i umyśle, ale też daje owoce w postaci siły – także tej psychicznej.

Na zakończenie warto zaznaczyć, że nasze ciała adaptują się do tego, co robią najczęściej – więc jeśli najczęściej wykonujemy sekwencję powitania słońca, to z czasem będzie nam w niej coraz wygodniej. Pierwszy adaptuje się nasz układ nerwowy jako generalny „zarządca” naszego układu ruchu. To właśnie on, a nie mięśnie czy tkanki miękkie, decyduje o tym, gdzie i jak się ruszamy.

Myślę, że większość z Was zgodzi się, że kluczem do zrównoważonej praktyki jest BALANS. Nie oznacza to jednak, że po równo dawkujemy sobie elementy rozciągające i wzmacniające. Czasami potrzebna jest przewaga jednego, pamiętając jednak, że to nie są przeciwności a nasze ciała zazwyczaj potrzebują różnorodności. Z wiekiem tracimy najpierw siłę, a nie elastyczność. W sytuacji, kiedy joga jest naszą jedyną aktywnością, a nasz tryb życia na co dzień jest trybem siedzącym, warto zadbać o wprowadzenie elementów wzmacniających do swojej praktyki i przede wszystkim zadbać o regularny, odżywczy ruch. 

1 komentarz do “Joga to nie tylko rozciąganie. Ale czy wzmacnianie to na pewno przeciwległy biegun?”

  1. Naprawdę ważny temat! Dzięki Marta!
    Najważniejszy jest balans między siłą, ruchomością i elastycznością. Należy różnicować ćwiczenia by dać stawiać ciału i układowi nerwowemu wyzwanie ale bez ektremum oczywiście….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.